sobota, 11 maja 2013

Powroty...

Pierwszy raz od urodzenia Tysi zostawiłam ją pod opieką Taty i poszłam "zabalować". Byłam na "pracowej" imprezie. Było bardzo miło i przyjemnie, ale z tyłu głowy, wciąż kołotała myśl: "co w domu?" Po dwóch godzinach zawezwałam taxi i pojechałam do domu.
Wchodząc do domu sądziłam, że Tysia będzie czekać na mnie przy drzwiach, jak to robi, gdy usłyszy domofon, a w domu nie ma taty i Pierwszaka. Ale ona (chyba dlatego, że Oni byli, nie zareagowała na domofon). Wchodzę, a ona drepcze (raczkuje) w jednej ręce trzyma drewnianą łyżkę, w drugiej piłeczkę, nieświadoma zupełnie, że ktoś do domu wszedł. Ale jak mnie zobaczyła, jak momentalnie rzuciła to wszystko i najszybciej jak umiała przypędziła do mnie.
A ten wyraz twarzy, pełen radości, miłości, a to wtulanie....
Oj, jak cudownie jest wrócić do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz